Gdybym
na bezludną wyspę miał zabrać tylko jeden komiksowy tytuł, wybór padłby na
serię „Invincible” Roberta Kirkmana. Nie na „Żywe Trupy”, żadne Batmany, X-Meny
czy Rorki. Właśnie na „Invincible’a”. Bez
wahania. Choć to komiks w pełni superbohaterski, garściami czerpiący z dokonań
tego gatunku, to urabia tę tematykę w znacznie atrakcyjniejszy sposób niż
tytuły z Marvela i DC. Przez ponad dziesięć lat i ponad sto numerów przyglądamy
się Markowi Graysonowi, który jak to każdy bohater chroni ludzi, świat i
wszechświat przed bandziorami. Trzonem opowieści są oczywiście krwawe i
brutalne pojedynki (przemoc jest tu znacznie bardziej wyeksponowana), ale
prawdziwa jej siła tkwi w relacjach między poszczególnymi bohaterami, prywatnych
dramatach, żalach, aspiracjach. Wątki obyczajowe, rodzinne i kumpelskie w
żadnej innej serii superbohaterskiej nie są tak mocno zaznaczone, a wybory
dokonywane przez postacie nie rzadko są trudniejsze i bardziej oddziałujące na fabułę
i czytelnika niż te w „Żywych Trupach”.
Z
reguły nie piszę o pojedynczych zeszytach tej serii, ale numer 110 to prawdziwy
emocjonalny roller-coaster. Niezwyciężony powraca po półrocznej nieobecności z
innego wymiaru (cały ten pobyt został ukazany w poprzednim numerze) i spotyka
się ze swoja dziewczyną, która jest już w zaawansowanej ciąży. Po intensywnym,
pozbawionym uczuć monologu Eva zrywa z Markiem, nie chcąc w przyszłości nieustannie
obawiać się o jego życie i tłumaczyć nienarodzonemu jeszcze dziecku, kim jest jego
tatuś i czy w ogóle wróci żywy do domu. Kirkman mistrzowsko poprowadził tę
scenę, umiejętnie pogrywając na emocjach czytelników. Przez całą serię bardzo
skrupulatnie budował związek pary, który mimo rzucanych pod nogi kłód, zdawał sie
być nierozerwalny. Fani już spekulowali o hucznym ślubie i wiecznym szczęściu,
a tu bum. Kirkman przywalił obuchem w głowę i zaserwował twist, którego nikt
się nie spodziewał (choć patrząc teraz wstecz o kilka numerów, pozostawił czytelne
wskazówki). Jednak to nie koniec, bohater trafia z deszczu pod rynnę.
Po
opuszczeniu domu, załzawiony, szukający samotności zostaje zaatakowany przez
Anissę – viltrumiankę, która wraz z nielicznymi towarzyszami stacjonuje na
księżycu. Viltrumianie kopulują z ziemskimi kobietami chcąc zapobiec wyginięciu
ich gatunku i to właśnie jest przyczyną wynikłej walki, która kończy się bardzo
negatywnie dla Invincible’a (po szczegóły odsyłam tutaj). Kirkman napisał wzbudzające przerażenie i ogromny
dyskomfort sceny. Zachował oczywiście wymaganą powagę ale przedstawił też całe
spektrum emocji jakie towarzyszą zarówno napastnikowi jak i ofierze. Co prawda
podobna sytuacja spotkała już innych bohaterów z DC czy Marvela, ale zdaje się,
że dopiero Kirkman przedstawił ją tak obrazowo i emocjonalnie w komiksie
mainstreamowym – bez niedopowiedzeń, półsłówek i pełnią grozy i rozpaczy. Te wydarzenia
na pewno mocno odcisną się na psychice bohatera, a ich konsekwencje, zapewne
nie od razu, dewastująco wpłyną na jego zachowanie i relacje z innymi.
Sto dziesiąty
numer „Invicnible’a” czyta się jednym tchem, a krew aż pulsuje w żyłach. Choć nie
ma tutaj obawy o życie bohatera czy losy świata, a jedyna bitwa jest króciutka,
to kilkoma kłującymi dialogami i przejmującymi wyrazami twarzy, Kirkman buduje
bardzo niezwykłą atmosferę. Tak mocnego epizodu w tej serii jeszcze nie było, a
scenarzysta kolejny raz udowadnia, że nie boi się podejmować tematów tabu. I
robi to naprawdę po mistrzowsku.
A
więc tak, „Invicnible” to seria, którą zabrałbym na bezludna wyspę. To jedyny
komiks superbohaterski, który potrafi rozbawić, rozczulić, przerazić i
wywoływać skrajne uczucia, a przy tym jest fantastycznie zilustrowany. Żadnej lepszej
rozrywki na bezludnej wyspie chyba nie potrzeba.
Invincible #110. Scenariusz: Robert
Kirkman. Rysunki: Ryan Ottley. Image Comics 2014
Tekst jednocześnie ukazał się na portalu Dzika Banda.

No trzeba się w końcu zabrać za tego Niezwyciężonego ;)
OdpowiedzUsuńNajwyższa pora ;)
Usuń